647 Obserwatorzy
104 Obserwuję
pirlimpempem

Pirlim Pem Pem

Bibliotekarz. Książki czytam, nie wącham.

Lubię paralotnie, czekoladę i Chiny.

Nie pijam kawy. Mówię, co myślę. Mieszkam nad Tamizą.

 

Teraz czytam

Polska egzotyczna. Tom 2. Przewodnik
Grzegorz Rąkowski

Bajki po remoncie

Czuję się nieco znużona po maratonie non fiction, który sobie zafundowałam w ostatnich miesiącach. Jako że nastał lipiec - miesiąc nieznośnych upałów, marudnych czytelników i wszechobecnego zapachu grilla - postanowiłam nieco odprężyć się i przez cały lipiec zamierzam czytać wyłącznie lektury niezobowiązujące, lekkie i koniecznie z happy endem. Duch optymizmu będzie mi bowiem potrzebny przez całe szkolne wakacje gdy tłumy dzieciarni podejmą tegoroczne Summer Reading Challenge. W ramach relaksu czytamy z Bobciem między innymi bajki, ale takie nieco odrestaurowane, w wydaniu dotąd nam nieznanym.

 

 

O książce Agnieszki Taborskiej było głośno przez długi czas. Wielokrotnie nagradzana, wzbudza zachwyt wśród krytyków i co ważniejsze: dzieciarni. I słusznie bo to zupełnie nowe, zaskakujące podejście do edukacji kulturalnej. Autorka wraz z ilustratorem, Lechem Majewskim, przekonuje, że tradycja i folklor wcale nie muszą być nudne i smutne. O historii można opowiadać w sposób zabawny i poetycki. Licho i inni to jeden z naszych najbardziej trafionych wyborów książkowych. Gdy byłam dzieckiem istniały takie fantastyczne miejsca jak cepelie gdzie małe dziewczynki z wypiekami na twarzy mogły przyglądać się lalką łowickim czy nawet w porywie szaleństwa przymierzyć strój krakowski. Mój syn, pomimo starań, ma niewielkie szanse by doświadczyć takiej ekscytacji, ale zależy mi na tym by o polskiej kulturze wiedział coś ponad to, co można znaleźć w internecie. Dlatego z ogromną przyjemnością czytam mu legendy o Niebożętach i Utopcach bo Agnieszka Taborska zadbała by te historie były niezwykle przystępne i dowcipnie napisane. Polecam tę książkę nie tylko rodzicom ale i Dużym Ludziom, których ciekawi folklor i lokalne tradycje.

 

 

 

 

Z drugą książką mam kłopot. Bo z jednej strony jest niezwykła w treści i arcyinteresująca graficznie. Z drugiej mam pewne wątpliwości czy aby na pewno można ją czytać z każdym dzieckiem. Mowa tu o Bajkach Erny Rosenstein z ilustracjami Karola Banacha.

 

 

Erna Rosenstein była artystką wszechstronną. Parała się malarstwem, scenopisarstwem i poezją. Reprezentowała szkołę surrealizmu, co łatwo zaobserwować przy lekturze jej Bajek. Gdybym miała scharakteryzować tę książkę jednym słowem, użyłabym określenia "dziwna". Bo bajki w niej zawarte pełne są smutku, samotności, szarości i katastrofy. Ale w przeciwieństwie do tysięcy znanych nam opowieści tutaj nagrodą nie jest ani bogactwo ani szczęście. Tutaj bohaterowie uczą się pokory a spokój ducha jest wartością najwyższą. Bezdyskusyjnie wszystkie zawarte w tomie opowieści przepełnione są głęboką mądrością. Jednak byłabym ostrożna gdy przychodzi do głośnego czytania z dzieckiem. Bajki Erny Rosenstein są bowiem przygnębiające, do tego stopnia, że sama odłożyłam kilkukrotnie książkę. To piękna, oniryczna proza, myślę jednak, że stosowniejsza dla starszych, dojrzalszych emocjonalnie dzieci, które jednocześnie posiadają podstawową wiedzę historyczną. Znając bowiem historię życia Rosenstein łatwiej będzie odpowiedzieć na pytania, które z całą pewnością padną z ust dziecka. Dopełnieniem tomu są piękne ilustracje Karola Banacha.

 

 

 

Chochlik z krainy Dupy

Detroit. Sekcja zwłok Ameryki - Charlie LeDuff, Iga Noszczyk

Ten i inne kwiatki można odnaleźć w skądinąd bardzo dobrej książce Charliego LeDuff. Laureat Pulitzera, oskarżany o plagiat, posługujący się prostackim, znacząco odbiegającym od ustalonych kanonów językiem napisał bowiem książkę o mieście, które z ucieleśnienia amerykańskiego snu przeistoczyło się w dzikie pole, pełne goryczy, zła i łapówkarstwa.

Jeśli ktoś pamięta prehistoryczny acz kultowy film Gliniarz z Beverly Hills to zapewne odnajdzie w pamięci, że główny bohater Axel Foley pochodził z Detroit i poruszał się po mieście luksuśnym, czerwonym samochodem a w największym mieście stanu Michigan panowało wtedy prawo i porządek. Minęło 30 lat i Detroit zdążyło wejść w stadium zaawansowanego rozkładu.

Charlie LeDuff pochodzi z Detroit, po okresie licznych podróży, szeregu zleceń dla znanych czasopism i przemyśleniu kilku spraw postanowił wraz z żoną i córką wrócić. Z lektury wynika, że był to raczej powrót do piekła. Dosłownie bo miasto właściwie non stop stoi w ogniu. Dawniej zadbane ulice, rodzinne domy i skwery to teraz pole bitwy o przetrwanie. Nie chcę przytaczać tutaj historii Detroit gdyż łatwo można odnaleźć te informacje ale sytuacja w mieście to efekt wieloletnich zaniedbań ze strony administracji miasta, niefrasobliwości koncernów samochodowych, lenistwa mieszkańców oraz braku porozumienia ma tle etnicznym.

Jak wyglądała sytuacja w momencie pisania książki: burmistrz został oskarżony o popełnienie całej litanii przestępstw, miejscowi oficjele trudnili się głównie łapówkarstwem, służby miejskie praktycznie nie działały, domy podpalano dla zabawy lub wymuszenia odszkodowania a na ulicach najniebezpieczniejszego miasta USA królowały narkotyki i strzelaniny. Ludzkie życie właściwie nie ma żadnego znaczenia bo jeśli kogoś zestrzelą to trudno. Jak u Vonneguta - zdarza się.

W tej beznadziei codziennej egzystencji znajdują się niedobitki ostatnich sprawiedliwych, ludzie, którzy pomimo wszystko walczą o lepsze Detroit. LeDuff daje im głos i pomimo starań głos ten brzmi cieniutko. Bo jakże strażacy mają skutecznie walczyć z pożarem skoro cały sprzęt gaśniczy jest albo zepsuty albo przynajmniej wybrakowany, brakuje strojów ochronnych a wsparcie pozostałych organów jak policja czy służba zdrowia praktycznie nie istnieje? To co stało się z Detroit woła o pomstę do nieba. Bo jak można żyć kierując się hasłem: "pierdolić pracowitych"?

Jest jednak nadzieja. Świadczy o tym dobitnie artykuł w kwietniowym numerze National Geographic, poświęcony staraniom zwykłych mieszkańców o odbudowę Motor City [fragmenty i fotografie]. Bardzo zachęcam osoby zainteresowane do zapoznania się z nowym Detroit, tym przed upadkiem i tym po katastrofie ale z wizją lepszej przyszłości.

 

PS. Tutaj fragment z polskiego wydania NG.

 

 

 

"Dobry ziemnior z piachem"

Okularnik - Katarzyna Bonda

Druga książka z tetralogii o Saszy Załuskiej. Niestety po raz kolejny nie daje odpowiedzi na pytanie, jakim cudem autorka Katarzyna Bonda została okrzyknięta królową polskiego kryminału. Kryminał powinien mnie przykuć do fotela, nie pozwolić zasnąć, zmusić szare komórki do intensywnego wysiłku. A tutaj przez pierwsze 60 procent lektury nie działo się nic, tzn czytelnik dostał mnóstwo faktów, dat i nazwisk,które miał za zadanie przyswoić i ewentualnie wykorzystać do opracowanie potencjalnego rozwiązania. Po 60 procencie dzieje się tak wiele, że czytelnik nie nadąża. I oczywiście nie dostaje odpowiedzi na żadne z pytań.

Moje główne zastrzeżenie to irytująca główna bohaterka: alkoholiczka, samotna matka zrzucająca odpowiedzialność za córkę na barki na innych, zaplątana w niezrozumiałą relację z ojcem dziecka. Nieskutecznie stara się "ułożyć sobie życie", chce wstąpić do policji a popełnia szkolne błędy przy konkludowaniu faktów, daje się wodzić za nos każdemu z zamieszanych w sprawę. Nie lubię jej i nie kupuję jej historii.

Pokrótce fabuła przedstawia się tak: w Hajnówce rządzi grupa trzymająca władzę, uwikłana w liczne przestępstwa i mająca liczne tajemnice sięgające lat wojennych. I na tym można spokojnie poprzestać ponieważ fabułę można z łatwością dopowiedzieć. Bonda wokół prostego schematu stworzyła skomplikowaną opowieść, psującą odbiór całości. Po prostu.

Plus dla autorki za poruszenie trudnego i kontrowersyjnego tematu mordów na ludności cywilnej w pierwszych latach po wojnie. Jest to kwestia niewygodna ponieważ niejednokrotnie ci, którzy do dziś bywają nazywani bohaterami tak na prawdę byli bandą rzezimieszków. To duża odwaga brać się za odgrzebywanie przykrych wspomnień pośród społeczności, której jest się częścią. Katarzyna Bonda pochodzi z Hajnówki, w posłowiu obszernie wyjaśnia proces pracy nad źródłami historycznymi, na których bazowała swoją powieść. Szkoda tylko, że z dobrego materiału nie powstała dobra powieść.

 

 

 

Tam, gdzie wciąż wyją szakale

Judasz - Amos Oz, Leszek Kwiatkowski

Bardzo czekałam na nową powieść Amosa Oza. Nigdy nie zawiodłam się na jego pisarstwie, pięknie prowadzonej narracji i lekkości pióra gdy gdy poruszał trudne tematy. Tym razem nie ma gorących podmuchów chamsinu ani obrazków z kibucowego życia. Tym razem Oz podejmuje niewygodny temat burzliwych czasów gdy kształtowała się państwowość Izraela. Student a wkrótce były student pisze pracę na temat Jezusa, tego, jak był postrzegany przez Żydów. Traci jednak zapał do pracy, traci dziewczynę, traci źródło finansowania i przy ogólnym kryzysie wiary w swoje starania, w swoje poglądy podejmuje się opieki nad starszym człowiekiem w zamian za przysłowiowy wikt i opierunek. Dom, w którym przyjdzie mu zamieszkać jest pełen tajemnic, pełen żalu i ... pachnie fiołkami.
Główny bohater Szmuel Ash szukając swojego miejsca na świecie snuje rozważania o trudnej pozycji Jezusa w czasach, w których przyszło mu nauczać. Poddaje pod rozwagę niektóre z jego poczynań, zastanawia się nad motywami.

 

"Nagi figowiec przypomniał mu ten figowiec z Nowego Testamentu, z Ewangelii Marka, drzewo figowe, na którym Jezus, wychodząc z Betanii, szukał owocu do zjedzenia, a nic nie znalazł, przeklął je w złości, sprawiając, że w jednej chwili uschło. A przecież Jezus dobrze wiedział, że żaden figowiec  nie może wydać owoców przed świętej Pesach. Czy zamiast d przeklinać, nie mógł pobłogosławić, dokonać małego cudu i sprawić, by drzewo figowe w tej chwili wydało owoc?"

 

Momentami jego rozważania sprawiają wrażenie kontrowersyjnych. Ale Szmuel Ash to przecież filozof, nie poddaje się w swoich dociekaniach. Zapisuje w zeszycie:

 

"To Judasz Iskariota był założycielem religii chrześcijańskiej. Był zamożnym Judejczykiem, co różniło go od pozostałych apostołów, prostych rybaków i rolników z zapadłych wsi z Galilei. [...] Dlatego kapłani w Jerozolimie postanowili wybrać Judasza Iskariotę, człowieka zamożnego, wykształconego, bystrego, biegłego w Torze pisanej i ustnej, pozostającego w bliskich relacjach z faryzeuszami i kapłanami, i posłać go, żeby przyłączył się do grupki wyznawców podążających za tym Galilejczykiem od wsi do wsi, udając jednego z nich, i aby zdał kapłanom sprawę, kim jest ten dziwak i czy istotnie stwarza szczególne zagrożenie."

 

Ekstensywne badania Asha prowadzą go do intrygujących konkluzji:

 

"Do zdrady Judasza wcale nie doszło wtedy, kiedy pocałował Jezusa w obecności. Jego zdrada, jeśli w ogóle miała miejsce, dokonała się w chili śmierci Jezusa na krzyżu. Była to chwila, w której Judasz stracił wiarę. A razem z wiarą również sens życia"

 

Pomimo porzucenia badań na uniwersytecie Szmuel wciąż nie może rozstać się z tematem zdradzonego Jezusa i zdrajcy Judasza. Opiekując się Gerszomem Waldem, poznaje jego historię i mierzy się nie tylko z inteligencją Walda ale również z jego wielkim bólem. I tutaj pojawia się drugi, najistotniejszy motyw w Judaszu - relacji żydowsko - arabskich w okresie formowania się państwa izraelskiego. Długie nocne rozmowy Walda i Asha bywają burzliwe i trudne. Panowie dyskutują o prawach Żydów i Arabów do swojej ziemi, o niechęci obu stron do kompromisu:

 

"Dlaczego właściwie wydaje się panu, że Arabowie nie mają prawa przeciwstawiać się ze wszystkich sił obcym, którzy wylądowali tu nagle z innej planety i odebrali im kraj i ziemię, pola, wsie i miasta, groby ich przodków i dziedzictwo synów?

"Całą potęgą świata nie zdoła pan zmienić fanatyka w człowieka oświeconego. Ani kogoś żądnego zemsty w bratnią duszę. I to są prawdziwe problemy egzystencjalne państwa Izrael: zmienić wroga w przyjaciela, fanatyka w człowieka umiarkowanego, pamiętliwego i mściwego w życzliwego"

 

W domu z Waldem i Ashem mieszka jeszcze Atalia. Kim jest - nie zdradzę ale to bardzo ważna postać w całej tej historii. Ona również ma swoje zdanie w kwestii izraelskiej państwowości:

 

"Chcieliście mieć państwo. Niepodległość. Flagi, mundury i banknoty, werble i fanfary. przelaliście rzeki niewinnej krwi. Poświeciliście całe pokolenie. Wypędziliście setki tysięcy Arabów z ich domów. Całe setki imigrantów ocalałych z rąk Hitlera posłaliście z nabrzeża na pola bitew. Wszystko po to by powstało tu państwo żydowskie. I patrzcie, co z tego wyszło."

 

Atalia, postać tajemnicza zrobiła na mnie duże wrażenie. Tym jednym zdaniem. Gerszom Wald dużo wie, jest oczytany, potrafi dyskutować godzinami, swobodnie przeskakując z tematu na temat. A Atalia w tych kilku zdaniach wyraziła cały ból, całe cierpienie i cały sens gerszomowych dywagacji. Mimo wszystko Wald optymistycznie spogląda w przyszłość:

 

"I mówię panu, panie Szmuelu, że nasz spór z muzułmańskimi Arabami to tylko epizod w historii, krótki, przemijający epizod. Za pięćdziesiąt, sto albo dwieście lat nikt nie będzie o nim pamiętał [...]"

 

Opisana przez Oza historia rozgrywa się w końcu lat pięćdziesiątych. W 2012 roku miałam okazję odwiedzić Izrael. W Jerozolimie poddano mnie bardzo intensywnej kontroli, na lotnisku w Tel Avivie wypytywano szczegółowo o moje życie osobiste. Wszędzie żołnierze, wszechobecne potencjalne zagrożenie. Mam szczerą nadzieję, że Gerszom ma rację, że kiedyś zobaczę Izrael takim, jakim opisywał go Marek Hłasko. Że można znaleźć kompromis.
Judasz to piękna proza. To proza, na którą trzeba poświęcić czas. Bo warto. Bo głos Amosa Oza to ważny głos w dyskusji o przyszłości Izraela.

 

        Uliczki w starej Jerozolimie, fotografia własna

Lekko, durnowato i upiornie

Umarli mają głos - Marek Krajewski, Jerzy Kawecki

Miał to być przerywnik między kolejną literacką wyprawą do Chin a nowym Ozem. Tak się akurat złożyło, że moja biblioteka została tymczasowo zamknięta ze względu na remontową apokalipsę i szefostwo (w swej mądrości) postanowiło, że będę siedzieć w biurze przez trzy tygodnie i sprawdzać jak radzi sobie ekipa remontowa. Oczywiście mam habilitację z malowania ścian i instalacji elektrycznych więc nie pozostało mi nic innego jak zapakować Kindla, zaparzyć herbatkę i umilać sobie czas lekturą i niezobowiązującymi dywagacjami o pogodzie w gronie malarzy i elektryków.

Krajewski tym razem opowiada o swojej przyjaźni z patologiem Jerzym Kaweckim, który dzieli się z czytelnikiem swoim wieloletnim doświadczeniem medycznym. Książka to kilkanaście krótkich rozdziałów rodem z CSI, gdzie zwyrodnialcy liczą na łut szczęścia i opieszałość organów ścigania. Marek Krajewski nie zabiera nas tym razem do Wrocławia czy Lwowa, nie ma pięknych lat trzydziestych ani do paskudnego komunistycznego reżimu. Tym razem spotykamy się z rzeczywistością. I to chyba jest wielki minus tej książki bo skoro przestępcy wykazują się tak dalece idącą głupota to studiowanie ich poczynań nie może być w żaden sposób interesujące. Nie jestem czytelniczką kryminałów ponieważ wielokrotnie drażnią mnie motywy złoczyńcy a samo wykonawstwo nie jest wystarczająco "finezyjne". U Krajewskiego taka finezja zdarzała się w pierwszych powieściach o Mocku. Potem tego zabrakło. Literacka zbrodnia ma jednak o wiele ciekawszy przebieg - prawdziwi przestępcy, z którymi ma nieprzyjemność doktor Kawecki nie grzeszą inteligencją, myślenie nie jest ich mocną stroną.

Kryminały czytam dla rozrywki więc oczekuję chwili niezobowiązującego relaksu z siekierą w tle. Tutaj poszło szybko ale raczej było nudno. I nie jest to wina autorów. Widać to życie pisze rozczarowujące fabularnie historie.

 

Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu - Peter Hessler, Robert Pucek

Nadejszła wiekopomna chwila - książka, na którą czekałam okazała się być klapą. Miało być o Chinach, o Ameryce, o relacjach Wschodu z Zachodem. Jest miszmasz szczurów w czarnej fasoli z wydobyciem uranu z Kolorado. W sumie nie byłoby tak źle gdyby eseje zamieszczone w Dziwnych kamieniach miały jakiś wspólny mianownik. Niestety z matmy zawsze byłam tępa, mianownika nie znalazłam.

Książka to zbiór opowieści z kilku rejonów Chin napisanych na przestrzeni dziesięciu lat. Czytelnik znajdzie w niej również kilka historii rozgrywających się w Stanach Zjednoczonych. Problem polega na tym, że tematyka jest bardzo szeroka.I rozrzucona bez ładu i składu. Od nieco egzotycznej dla cudzoziemców kuchni południowych Chin, przez Olimpiadę w Pekinie, po zawodową koszykówkę. Gdyby chociaż jakoś rozmyślnie je pogrupować...Na niekorzyść działa również przedział czasowy, w którym eseje powstały. Hessler rozwijał się jako pisarz przez cały ten okres, miewał dni lepsze i gorsze i niestety łatwo wyłapać te niedociągnięcia. Do gustu przypadł mi rozdział o Tamie Trzech Przełomów. Ta kontrowersyjna budowla wprowadziła niemałe zamieszanie w życiu prowincji Hubei. Rejsy po Jangcy już nigdy nie będą takie same. Hessler w swoim krótkim eseju przedstawia rodzinę, która obserwując wzbierające wody, pakuje swój dobytek i powoli transportuje swój dobytek wyżej i wyżej...Chyba najciekawszy fragment Dziwnych Kamieni.

Pomimo wszystko zarekomenduje Hesslera jako autora innej książki, bardziej sympatycznej: Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach. Będzie jakoś tak ciekawiej. W przypadku Hesslera długi pobyt w Chinach nie uczynił go lepszym pisarzem, jego reportaże nie powalają potoczystym językiem. Ale na szansę zasługuje.

 

.

[...]Świnki morskie tanio sprzedam[...]

1945. Wojna i pokój - Magdalena Grzebałkowska

Będzie bardzo krótko. To druga w tym roku książka doskonała. Doskonała podwójnie bo Grzebałkowska pisze z pietyzmem ale bez wielkich słów, co ważne gdy trzeba mówić o wojennym koszmarze. I doskonała ponieważ bez modnego ostatnio hurra - patriotyzmu. Autorka pisze o ludziach wszystkich narodowości, którzy wojnę przetrwali. Nie ma w 1945 podziału na dobrych Polaków i złych Niemców/Rosjan/Żydów. Są ludzie, którzy w wojennych latach dokonywali wyborów. Są historie. Są opowieści, których czasem wygodniej byłoby nie znać. I jest cała potworność pierwszych powojennych miesięcy.
Obok tej książki nie można przejść obojętnie. Chciałabym by Ci, którzy wierzą w Polaków jako naród grzechem nieskalany po tę książkę sięgnęli. Bo wojna to nie tylko honor i bohaterstwo ale i ból, smród i upokorzenie. Bez względu na narodowość...

W szuwarach

Usypać góry. Historie z Polesia - Małgorzata Szejnert

Nie tak dawno Gazeta Wyborcza opublikowała listę najbardziej oczekiwanych w tym roku książek. Na wspomnianej liście znalazła się również Małgorzata Szejnert ze swoją doskonałą opowieścią o Polesiu. Usypać góry. Historie z Polesia to bogata w smaki, zapach i kolory relacja o losach tej niezwykłej kresowej krainy, która zachowała swój niesamowity charakter we wspomnieniach mieszkańców i w pozostałościach starego świata, które wciąż można odnaleźć, podróżując po Polesiu. Ryszard Kapuściński zawsze marzył o tym, by napisać książkę o rodzinnych stronach. Nie zdążył. Ale z książki Szejnert z pewnością byłby dumny.

Usypać góry to, jak do tej pory, najciekawsza nowość roku 2015. Doskonały warsztat reporterski, intrygujący temat i nietuzinkowi bohaterowie. Szejnert opowiada losy Polesia z perspektywy odległej przeszłości jak i czasów współczesnych. Duże wrażenie zrobiła na mnie historia poleskich wojaży Louise Arner Boyd, która będąc gościem kongresu geograficznego w Warszawie, przez trzy miesiące podróżowała po Polesiu, fotografując i opisując zwyczaje i kulturę Kresów. Efektem tych podróży jest książka wydana w 1937 roku Polish Countrysides, niestety w chwili obecnej praktycznie niedostępna. Na początku lat dziewięćdziesiątych Znak wydał zbiór jej kresowych fotografii. I tutaj kolejny zawód - brak wznowień, brak egzemplarzy na rynku wtórnym.

 

                                                                Błota. Polesie, obraz Iwana Szyszkina

 

Małgorzata Szejnert poświęciła również obszerny rozdział Napoleonowi Ordzie, rysownikowi, pejzażyście, który na swoich akwarelach uwiecznił piękno kresowych rezydencji. Wspomniano o Zofii Chomętowskiej, wybitnej artystce, która uwieczniła kresowe życie na fotografiach, takich jak te:

 

 

 

 

Poznamy intrygujące losy kresowej rodziny Skirmuntów. Familia ta latami dbała o rozwój przemysłu cukrowniczego i winiarskiego na Polesiu. Ze Skirmuntów wywodzili się wybitni działacze społeczni i politycy, jak na przykład Konstanty Skirmunt. Koniec ich świata rozpoczął się wraz z niemiecką, a potem sowiecką agresją na Polskę. Ostatnich z kresowych przedstawicieli tego roku rozstrzelano w 1939 roku pod ścianą ich pałacu.

Bohaterowie Szejnert to również żydowski ród Luriów, którego fabrykę drzewną znacjonalizowano, zmuszając rodzinę do tułaczki. To Flotylla Pińska, niegdyś duma polskiej Marynarki, teraz jedynie hasło w zakurzonej encyklopedii. To zwykli mieszkańcy poleskich wsi, dla których Fiodor Klimczuk przetłumaczył Biblię. To entuzjaści, którzy w trudnych warunkach białoruskiej polityki, chcą dać twórcom kultury szansę na rozwój.

Pozornie mogłoby się wydawać, że rozdziały w Usypać góry są odrębnymi historiami. Jednak to mylne wrażenie. Książka to zwarta całość, która prezentuje czytelnikowi czar tej nieco zapomnianej kresowej krainy. Niedawno, w Polskim Radiu, trójka krytyków literackich zarzucała Szejnert, że książka jest niespójna, że nie ma tematu przewodniego. Cóż za bzdura! Tematem jest Polesie i jego mieszkańcy, dawniej i dziś. Bez niepotrzebnego patosu, bez sentymentalizmu, bez niejednokrotnie dominującego w dyskusjach o Kresach hasła o utraconej polskości.

Usypać góry. Historie z Polesia bazuje na doskonałej bibliografii, z której skrzętnie korzystam, delektując się obecnie Wspomnieniami z Wołynia, Polesia i Litwy Kraszewskiego. Książka ukazała się pierwotnie w 1940 roku. Coś mi się wydaje, że to wciąż początek mojej kresowej podróży po poleskich moczarach i uroczyskach.

                                                                    Napoleon Orda, akwarela Podhorce

 

 

Zilustrowanie

Wielokrotnie wspominałam, że lubię przeglądać ilustracje w książkach dla dzieci. Będąc w Polsce zrobiłam rekonesans na strychu, gdzie przechowywany jest księgozbiór dla dzieciarni, z uwzględnieniem tego należącego niegdyś do Mojej Mamy, podręczników szkolnych i siejącego grozę Zbioru zadań z chemii dla szkół średnich Krzysztofa Pazdro. Przypomniały się czasy gdy całe godziny spędzałam na czytaniu tych niezwykłych książek a ilustracje w nich zawarte pobudzały dziecięcą wyobraźnię. Chciałabym pokazać Wam kilka, do których mam szczególny sentyment.

 

 

 

Ilustracje pochodzą z książki Leci motyl Janiny Gillowej, Autorką rysunków jest Danuta Imielska. Książka ukazała się w 1959 roku nakładem RUCHU.

 

  

 

 

 

Ilustracje pochodzą z książki Kolorowy wianek autorstwa Czesława Janczarskiego. Ilustracje wykonała Maria Orłowska. Niestety przez brak strony tytułowej, nie udało mi się ustalić roku wydania.

 

  

 

  

 

Królowa bałaganiara Doroty Gellner. Ilustracje W. Chmielewskiego. Książka wydana przez Zrzeszenie księgarstwa w 1987 roku.

 

  

 

 

Jerzego Kiersta Siódma strona świata, wydana przez Krajową Agencję Wydawniczą w 1977 roku. Autorką ilustracji jest Bożena Truchanowska.

 

  

 

 

Ponownie Jerzy Kierst. Tym razem Moje miasteczko z ilustracjami Joanny Zimowskiej - Kwak. Krajowa Agencja Wydawnicza, 1984 rok.

 

Czasami gdy staję przed księgarskim regałem i spoglądam na literackie nowości dla dzieciaczków to najzwyczajniej robi mi się smutno bo nieczęsto trafiają się ilustracje piękne. Dominują krzykliwe postacie księżniczek bądź innych aktualnie popularnych bohaterów lub trudne do określenia bohomazy, pretendujące do miana współczesnej sztuki ilustracji. Na całe szczęście jest jeszcze moja strychowa oaza i półeczka z klasyką, którą z całą pewnością zademonstruje synowi.

 

PS. Jestem pewna, że Zbiór zadań z chemii również zawierał ilustracje. Niestety nie była to moja bajka...

 

W garncu

 Zbigniew Rychlicki, ilustracja do książki Ewy Szelburg Zarembiny

Przez okrągły roczek

 

Marzec okazał się być miesiącem bardzo intensywnym. Wybyliśmy z Bobciem do Polski gdzie złapaliśmy grypę żołądkową. W międzyczasie wszystkie zęby bobciowe postanowiły się ujawnić, oczywiście jednocześnie. Obecnie mamy masakryczne przeziębienie. A no i poszliśmy do przedszkola...w rezultacie przeczytałam całą jedną książkę, romans z bajecznie bogatym kowbojem i głupiutką dziewoją w rolach głównych. Jak się domyślacie, rzecz niewymagająca zaangażowania intelektualnego. Czas najwyższy wrócić do żywych.

Już jakiś czas temu zabrałam się za Północ i Południe Elizabeth Gaskell. Zabrałam się w odwrotnej kolejności -  najpierw zatapiając się w serial produkcji BBC z Richardem Armitage i Danielą Denby - Ashe. Bardzo ale to bardzo mi się podobał, głównie ze względu na "charakterność" bohaterów. I jakie było moje rozczarowanie gdy w książkowym oryginale zarówno Margaret jak i pan Thornton są tak bardzo nudni i tak silnie skupieni na własnym ego. Żadnych kompromisów, żadnych ustępstw. Gaskell napisała powieść słusznych rozmiarów i było mi niezmiernie ciężko dobrnąć do końca. Miałam silne postanowienie sięgnięcia po inne tytuły tej autorki by zgłębiać fenomen angielskiej literatury w wydaniu kobiecym ale zastopowałam.

  

                                         William Cowen View of Bradford

 

Sięgnęłam również po powieść Martina Cruz Smitha Park Gorkiego. I ponownie, najpierw był film. To chyba nie był dobry czas na łączenie intryg kryminalno - politycznych zza żelaznej kurtyny z imperialistycznym przepychem. Nie rozumiem dlaczego zarówno książka jak i film zebrały tak pochlebne opinie. Film długi, zimny i nudny, z drewnianą Joanną Pacułą. Książka jeszcze dłuższa, Renko to najciężej myślący oficer śledczy, jakiego miałam okazję poznać. Do tego zdradzający objawy całkowitego zagubienia w rzeczywistości. Intryga, moim zdaniem, śmieszna, nie trzymająca się kupy. Innych przygód Arkadego Renki nie jestem ciekawa.


Teraz garść achów i ochów... podążając kresowym szlakiem dotarłam do maleńkiej książeczki autorstwa Melchiora Wańkowicza. Szczenięce lata to zapis wspomnień tego znakomitego reportażysty z czasów dzieciństwa na Mińszczyźnie i Kowieńszczyźnie. To, co szczególnie mnie ujęło to przepiękny język pisarza, przyprawiony solidną dawką momentami rubasznego poczucia humoru. Coś jest w tej kresowej ziemi, co każe mi drążyć temat, szukać w zakurzonych reportażach i na nowo sięgać po dobrze znane pozycje. Szczenięce lata tylko pogłębiły moją kresową pasję. Oto dlaczego:

 

O kodeksie płciowym białoruskim ( brat radzi Wańkowiczowi):

 

"Dziewczyn wiejskich nie zaczepiaj [...], pannę z towarzystwa ukrzywdzić - infamia; wszelką inną kobietę przepuścić - rzecz godna potępienia. Chcesz, nie chesz  - a musisz; po to jestes na świecie. Nie trzeba nikomu skąpić spermy. Jest ona własnością ogółu."

 

O tym, jak właściwie podjąć gościa ( w pewnym dworze w sąsiednim powiecie):

 

"W oficynie mieszka pan plenipotent i pan leśniczy. Przed wódeczką i przed obiadem zbiera się w oficynie kawalerskie towarzystwo - czekają już dziewczyny. Zaspokaja się funkcje prędko, publicznie - jedni przy drugich. Po cym wraca się do pałacu - do pań"

 

O chłopach kresowych:

 

"Chłop lubił czuć silną rękę nad sobą, rozumiał się na tej "pańskości" i kochał się w niej. Instynktem przedziwnym umiał odróżnić "pana z panów" od miejskiego ciaracha, który wsza niczym na pozór nie różnił się od "pana" w ubraniu i zachowaniu"

 

O "psuciu dziewek" przez pradziadka Melchiora:

 

"Położył tym walną zasługę - wsie okoliczne roiły się od przepysznych podrasowanych typów, a i dobrobytu ludności przysporzył, hojną bowiem ręką i spora część majątku w drodze "exdywizji" na alimenta poszła"

 

O drodze ze stacji w Borysowie do dworu w Kałużycach:

 

"Hej! - długaż to była droga, opętanych czterdzieści wiorst po białych dudniących szlakach: kraj biedny, grunt sapowaty, kraj pachnący grzybem, zwierzyną, smolakiem i przedziwnymi zapachami łąk, w biciu derkaczy, w strzępach mgły, leżącej jak pierzyna na ziemi, wyrzucający pod kopyta koni długie i szare, pachnące chlewem i udojem, mrugające świetlikami okien ulice białoruskich wsi. Smakowicie chlupią pod kopytami bajora, na obróconych do góry dnem korytach wzdłuż ścian siedzą w zgrzebnych płótnach chłopi; świnie białoruskie, w prostej linii od dzika, chude, czarne na wysokich nogach, śmigłe jak psy lub konie, uganiają po opłotkach budowanych niby głuche ściany z brewion."

 

Ta malutka książeczka do połączenie prozy Czarnyszkiewicza i Weyssenhoffa z eseistyką Stempowskiego i reportażami Bouvier. Pozostaje mi wyrazić żal, że w dzisiejszych czasach ze świecą szukać podobnej klasy pisarskiej. Ale jak się okazuje, jeszcze wiele przede mną - materiał bibliograficzny ostatniej książki Małgorzaty Szejnert jest imponujący, wiele nieznanych literackich przysmaków czai się na pólkach. Tylko kiedy na to znajdę czas - 29 kwietnia na światło dzienne wypłyną książki Petera Hesslera - Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu i Paula Theroux - Jechałem żelaznym kogutem. Pociągiem przez Chiny. Obie o Chinach. Na półce czeka Stempowskiego W dolinie Dniestru. Pisma ukraińskie....Bobo też chce książeczkę...

Czasowstrzymywacz poproszę!!!

 

 

 

 

 

 

Wybaczcie Madonny

Czarny Anioł. O Ewie Demarczyk - Angelika Kuźniak, Ewelina Karpacz-Oboładze

Na wstępie zaznaczam, że mój stosunek do Ewy Demarczyk oraz jej twórczości był i jest zupełnie obojętny. Zaznaczam to ponieważ z tego, co chcę przekazać może wynikać, iż bardzo nie lubię albo jej albo albo poezji śpiewanej w jej wykonaniu. Po prostu nigdy nie gościła wśród ukochanych płyt winylowych rodziców choć jej "Piosenki Zygmunta Koniecznego" czerniły się wśród rodzinnej kolekcji. Książka Angeliki Kuźniak i Eweliny Karpacz - Oboładze jest opowieścią o Ewie Demarczyk, o jej artystycznych wyborach ale tę opowieść snują jej dawni koledzy i przyjaciele. Komentarza Demarczyk zabrakło.

To bardzo sprawnie skonstruowany reportaż - wielu bliskich artystce wspominało lata sześćdziesiąte, Piwnicę pod Baranami, pierwszy festiwal w Opolu, zagraniczne wojaże. Ze względu na ilość cytatów, odnośników i dopowiedzeń książka niestety w znacznej części składa się z przypisów, co czasem męczy. Nie jest to jednak zarzut - po prostu autorki rzetelnie podeszły do materiału źródłowego. Czarny Anioł to lektura na jeden wieczór - szybko przeczytałam ale trochę czasu zajęło mi przeanalizowanie tego, co przeczytałam. Jedno było pewne - główną bohaterkę znielubiłam. Przynajmniej tymczasowo.

 

 

Doszłam do wniosku, że mój obraz kabaretowego Krakowa był mocno wyidealizowany - po prostu niepomnam Kazikowych "Artystów". Piją, palą i swawolą. A w tym wszystkim Ewa Demarczyk - histeryczka o rozbuchanym ego. Nie twierdzę, że taki jest stan faktyczny ale taki jest mój wniosek po lekturze. Perfekcjonistka o niemożliwych do spełnienia wymaganiach, krzykaczka wierząca w moc wahadełek, istota przekonana o swojej ponadprzeciętnej wartości, beznadziejny manager a obecnie osoba ubezwłasnowolniona. Mam świadomość, że to bardzo mocne i przykre słowa ale czytając wypowiedzi dawnych kolegów i współpracowników Ewy Demarczyk, takie właśnie myśli nadciągają do głowy. Tym lepiej byłoby dla artystki by przerwała tę ciszę i przynajmniej poinformowała bliskich, że żyje i ma się dobrze. A już całkiem dobrze by takie ogłoszenie wyszło z jej ust a nie jej partnera /przyjaciela /ciemiężyciela (niepotrzebne skreślić) Pawła Rynkiewicza.

 

 

Mam nadzieję, że swoimi słowami nie uraziłam pasjonatów twórczości Ewy Demarczyk. Troszkę poszperałam w Internecie, wyszukałam archiwalne artykuły i myślę, że to dobrze, że ta książka powstała. Być może skłoni pieśniarkę do choćby krótkiej publicznej wypowiedzi. Wielu jest mocno zaniepokojonych jej zniknięciem i z całą pewnością wielu czeka na jej powrót. Nie wiem czy w grę wchodziłby recital ze względu na warunki głosowe ale zwykłe "Pozdrawiam" na pewno nie zaszkodzi. Czarnego Anioła polecam wielbicielom Ewy Demarczyk i treściowych biografii.

 

 

 

 

 

 

Harlem - Tomasz Zalewski

Sama nie wiem dlaczego sięgnęłam po Harlem Tomasza Zalewskiego. Nigdy nie miałam naglącej potrzeby by zwiedzać USA, a jeśli już to moje myśli biegły raczej w stronę Nowej Anglii, Wielkich Równin i Montany. Ale skoro pozytywne wrażenie wywarły na mnie dwie książki Marka Wałkuskiego to dlaczegóż by nie dać szansy innemu korespondentowi - Tomaszowi Zalewskiemu. I okazało się, że miałam sporo racji. Harlem to bardzo sprawnie napisany, wciągający zbiór opowieści nie tylko o dzielnicy i jej mieszkańcach ale przede wszystkim o historii czarnych Stanów Zjednoczonych.

Zalewski porusza kilka bardzo ważnych kwestii. Przede wszystkim dzieje gospodarcze i kulturalne Harlemu. Po wielkim boomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia przyszedł poważny kryzys, który nieomal spowodował całkowity paraliż dzielnicy. Teraz dzięki silnej woli mieszkańców, we współpracy z władzami Nowego Jorku, sytuacja się zmienia, przestępczość maleje, do dzielnicy, ku radości tradycjonalistów, wracają Afroamerykanie. Jest też coraz więcej turystów, którzy chętnie zapuszczają się w niegdyś niebezpieczne dzielnice. Jednak jak mówią rozmówcy Tomasza Zalewskiego - nigdy nie wrócą złote czasy kiedy w Harlemie królował jazz, weekendowe wieczory przyciągały do klubów tanecznych swingującą młodzież a Ralph Ellison tworzył Niewidzialnego człowieka.

 

 

 

 

Dzisiejsi czarni mieszkańcy Harlemu niejednokrotnie narzekają na niekończącą dyskryminację, brak pracy lub niskie zarobki, podkreślając swoją religijność (wszak dzielnica słynie z kościołów i śpiewających w nich chórów gospel). Osobiście mnie też żale irytują - zbyt często obserwuję smutną rzeczywistość by nabrać się na wielokrotnie wyimaginowane pretensje. Odnoszę wrażenie (a pracuję w dzielnicy zamieszkiwanej przez ludność pochodzenia afrykańskiego i karaibskiego już osiem lat), że zarzut dyskryminacji podnoszony jest zawsze kiedy innymi środkami nie można uzyskać wymarzonego celu. Rasizm był, jest i będzie ale wyimaginowana dyskryminacja niejednokrotnie staje się orężem walce ze ogólnie przyjętymi zasadami, które dotyczą każdego, bez względu na pochodzenie. Jest o tym mowa w książce, autor słucha każdej ze stron. Zalewski rozmawia z właścicielem firmy budowlanej, z pochodzenia Europejczykiem, mieszkańcem Harlemu - ten człowiek ma bardzo podobne spostrzeżenia. Cóż, zapewne oboje szerzymy dyskryminację. Jest też rozmowa z czarnoskórą właścicielką pensjonatu, która ma odmienne zdanie. Pod tym względem uważam reportaż Tomasza Zalewskiego za bardzo udany - każdy ma głos.
Warto sięgnąć po tę książkę jeśli mamy sentyment to Nowego Jorku. Jeśli lubicie historie ludzi o ludziach, ciekawią Was architektoniczne cuda z brownstone, chcecie bliżej poznać postać Malcolma X a to wszystko w zgrabnej, niemoralizującej formie to zapraszam do lektury Harlemu.

 

 

 

 

 

Zdjęcia pochodzą z:

 

http://www.fotoblog.gorgolewski.pl/harlem001.html

http://conquerthebigapple.blogspot.co.uk/2011/07/harlem.html

 

 

 

 

Aksjomatyczna definicja przestrzeni

Genialni. Lwowska szkoła matematyczna. - Mariusz Urbanek

Muszę niestety zacząć od przydługiego wstępu by wyjaśnić dlaczego sięgnęłam po  Genialnych. Mój małż studiował fizykę. W naszych studenckim mieszkanku wielokrotnie dyskutowano na abstrakcyjne tematy, które dla mnie do dziś pozostają zagadką. Jednak wielokrotnie pojawiał się termin przestrzeni Banacha. Jako istota ciekawska z natury poprosiłam małża o wyjaśnienie w ludzkim języku. Potem zaczęłam szperać i choć niewiele z tego zrozumiałam to postać Stefana Banacha i lwowskiej szkoły matematycznej zakorzeniła się w moim umyśle. Ja z kolei - istota absolutnie pozbawiona wyrozumiałości dla niuansów dualizmu korpuskularno - falowego itp - poświęcałam się studiowaniu dziejów Polski okresu dwudziestolecia międzywojennego, ze szczególnym uwzględnieniem historii ziemiaństwa na Kresach Wschodnich. Po drodze, studiując lwowskie kryminały Marka Krajewskiego oraz pobierając korepetycje z zakresu fizyki kwantowej, zainteresował mnie temat polskich naukowców, których niebanalne osobowości wywołują uśmiech a osiągnięcia po dziś dzień napawają  radością i dumą.

Książka Mariusza Urbanka to bardzo przystępnie skonstruowana historia  matematyków skupionych wokół kawiarni Szkockiej, we Lwowie. Jest to rekonstrukcja ich losów w porządku chronologicznym. I pomimo, że ich dzieje mogłyby spokojnie stanowić podstawę scenariusza filmowego, to zabrakło mi jednak akcentu naukowego. Gdyby autor więcej uwagi poświęcił dokonaniom matematycznym, Genialni naprawdę byliby genialni. I nie proszę tu o skrupulatny opis największych lwowskich osiągnięć bo który zw zwykłych śmiertelników zrozumie coś takiego:

 

|f| = sup {|f(x)|colon, x in Omega}

 

Jednak o ile ciekawej śledziłoby się losy tych fascynujących ludzi poznając ich badania. To moje jedyne zastrzeżenie do książki Urbanka. Czyta się bardzo sprawnie, język jest przystępny, okraszony poczuciem humoru, nie brakuje wspomnień członków rodzin słynnych matematyków.

Po lekturze wciąż rozmyślam o kawiarni Szkockiej, o nierozwiązanych problemach logicznych i o spuściźnie, którą pozostawili po sobie Banach, Mazur, Auerbach, Orlicz, Steinhaus i inni. Czy dzisiaj istnieją jeszcze tacy naukowcy? Czy może wszystko, co naukowe musi być nastawione na zysk?

Podczas poślubnej podróży po Bieszczadach namówiłam lubego na wypad do Lwowa. Wiem, że już nigdy tam nie wrócę. Nie miałam jakiś specjalnych oczekiwań ale ta wizyta przyniosła mi wiele goryczy. Pani, która nas oprowadzała za najważniejszy punkt programu uważała grób Marii Konopnickiej i domagała się by odśpiewać Rotę na cześć polskiego Lwowa. Gdy zapytałam o Szkocką, niemal pogardliwie machnęła ręką, wskazując na budynek, który lata świetności zdecydowanie miał już za sobą. Ogromnie mnie to przygnębiło. 

Matematycy skupieni wokół lwowskiej szkoły matematycznej, którzy przeżyli II Wojnę Światową rozjechali się w różne strony. Na miejscu pozostał Stefan Banach, którego grób znajduje się na Cmentarzu Łyczakowskim. Jakoś o wiele mocniej przeżyłam moment gdy zapaliliśmy lampkę na jego mogile. Bo o Banachu, jego kolegach i ich wybitnych dokonania na pewno nie wolno zapomnieć.

 

Stefan Banach

 

Grobowiec Riedlów, gdzie spoczywa Stefan Banach

 

Cmentarz Łyczakowski

 

Kamienice na lwowskim rynku

 

 

 

 

 

 

 

Popcorn

Żniwiarz - Gaja Grzegorzewska

Nareszcie trafiłam na kryminał, przy którym ani się nie nudziłam ani nie odgadłam nazwiska złoczyńcy po pierwszym rozdziale! Cud po prostu. O Gai Grzegorzewskiej sporo czytałam, jej nazwisko padało wielokrotnie przy okazji kryminalnych rekomendacji choć nie jest ona tak nachalnie promowana jak na przykład skandalista Miłoszewski czy Katarzyna Bonda. Po Żniwiarza sięgałam z wahaniem, że po raz kolejny czeka mnie babranie się w nudnej fabule. A tutaj pozytywne zaskoczenie! No i ta...hmmm...interesująca okładka.

Pierwsza niespodzianka: prywatny detektyw Julia Dobrowolska. Bardzo młoda - co mnie na początku niepokoiło, bo w końcu im młodsza tym mniej przekonywująca w swojej roli. Kobieta silna, z charakterem i korzystająca ze zwojów mózgowych. Urzęduje w Krakowie. Po drugie: miejsce akcji. Romantyczny koniec świata, gdzieś wśród łanów zboża, w sielskiej atmosferze rozplotkowanego miasteczka. Po trzecie: kosa. Bardzo osobliwe narzędzie zbrodni, popełnionej pomiędzy dojrzewającymi kolbami kukurydzy.

 

Wyszła Grzegorzewskiej ta książka. Wiele wątków ale umiejętnie poprowadzonych, ciekawe postacie, kontrowersyjne tematy. Żniwiarza przeczytałam bardzo szybko ale nie był to czas zmarnowany. Gdy przyjdzie mi ochota na coś nie wymagającego wysiłku umysłowego, coś lekkiego na wieczór to z ochotą sięgnę po kolejne części cyklu o Julii Dobrowolskiej. To ciekawa osoba, skrywająca tajemnice, które chyba warto odkryć.

 

Wszystkie pory roku

Razem ze słonkiem 1. Przedwiośnie - Zbigniew Rychlicki, Maria Kownacka

Jedną z najprzyjemniejszych lektur mojego dzieciństwa był cykl Razem ze słonkiem autorstwa Marii Kownackiej. Sześć książek traktujących o zmianach w przyrodzie, zachowaniach zwierząt, zjawiskach astronomicznych itd. Dla kilkuletniej dziewczynki, która dzięki przychylności losu miała przyjemność wychowywać się w domu z ogrodem, lektura tych książek stanowiła nie rada gratkę. Czytając, spoglądałam na rozwijające się pąki drzew i słuchałam ptasich treli, starając się jednocześnie rozpoznać śpiewający gatunek.
Kilka dni temu, Mama przysłała zaśnieżone zdjęcia tego mojego Tajemniczego Ogrodu. Wspomnienia wróciły :) Jednocześnie nad Tamizą zaświeciło słońce więc wybraliśmy się z Ancymonem na spacer do parku. Przyroda nigdy nie przestaje zaskakiwać. Takie oto cuda spotkaliśmy w parkowych zakamarkach.

 

 

 

 

Wróciliśmy więc do domu i zaczęliśmy czytać o przedwiośniu i o tym, co mam nadzieję czeka nas podczas nadchodzącej podróży do Polski. Książki Marii Kownackiej nie przestają mnie zachwycać. Piękny, prosty język, mnóstwo zagadek i gier dla dzieci, wiersze i opowiadania a także propozycje dla małych majsterkowiczów i amatorów florystyki :) Jednak to, co robi na mnie największe wrażenie to ilustracje Zbigniewa Rychlickiego. Jak zawsze piękne i jak zawsze trafiające w gusta dziecięce. To zupełnie odmienne podejście do ilustracji niż to, które obecnie króluje w literaturze dziecięcej. I pomimo całej sympatii dla Mizielińskich - zawsze wyżej będę stawiała starą szkołę.

 

 

 

 

Na rynku wiele jest publikacji traktujących o przyrodzie, przeznaczonych dla młodego czytelnika. Niedawno Aleksy z Książek na czacie prezentował ciekawą publikację na ten temat: Małgorzata Falencka-Jablońska opowiada o przyrodzie. I zapewne to jest teraz typowa książka z tej dziedziny dla młodszej generacji. Pozostanę jednak wierna Kownackiej i postaram się by Ancymon docenił jej dydaktyczne i artystyczne walory. No i sobie powspominam! ;)

 

 

 

 

Ziemia berneńska - Jerzy Stempowski, Andrzej Stanisław Kowalczyk

Mogę powiedzieć, że częściowo wychowałam się z bibliotece. Moja Babcia była przez wiele lat kierownikiem biblioteki i wiele dni - zamiast szabrować śliwki i włóczyć się z kolegami - spędziłąm między regałami, z uwielbieniem przerzucając stronice książek o niejednokrotnie dziwaczynych tytułach. I kiedyś buszując w okolicach 821.162.1(091) trafiłam na pięciotomowe wydanie Dzienników Marii Dąbrowskiej. Nie chcę jednak pisać o samych Dziennikach ale o moim odkryciu, dzięki któremu na zawsze pozostanę wierna czerniącemu papier Jerzemu Stempowskiemu.

Dla mnie pozostanie on najwybitniejszym eseistą i krytykiem literackim dwudziestego wieku. Piekielnie inteligentny, zawsze skromny, erudyta i znawca tematyki ukraińskiej. Wieloletni korespondent paryskiej Kultury. Wychowany na Podolu, zawsze wyznawał zasadę równości między narodami. Wierzył, że Polacy i Ukraińcy mogą żyć razem, wzajemnie szanując swoje poglądy i zwyczaje.

 


Pozostając na emigracji stale pozostawał w kontakcie z przyjaciółmi w kraju, na bieżąco komentował wydarzenia polityczne i kulturalne w licznej korespondencji z Marią Dąbrowską, Józefem Czapskim czy Jerzym Giedroyciem. W jego esejach dominuje temat szeroko rozumianej książki oraz temat przemian krajobrazu. Jako wybitny znawca historii i literatury starożytnej niejednokrotnie pisze w swoich książkach nie tylko o ewoluującym krajobrazie ale także o znaczeniu kulturowym tych zmian. Właśnie wokół tej tematyki koncentruje się Stempowski w Ziemi berneńskiej. Ta niewielka książeczka to popis erudycyjny autora. Stąpając współcześnie znanymi ścieżkami w okolicach Berna, przychodzi nam zmierzyć się z niejednokrotnie trudnymi losami tych ziem i ich mieszkańców. Absolutnym majstersztykiem jest esej "Drzewa". Autor, z pomocą poezji Wergilego, wyjaśnia historyczne i społeczne znaczenie lip, dębów, jesionów. Przybliża ich symbolikę w kulturze rzymskiej i lokalnych wierzeniach. Stempowski oddaje hołd pięknu krajobrazu -  temu, który go otacza oraz temu, który zostawił na Ukrainie, w arkadii swojego dzieciństwa. 

 

Nie jest to łatwa lektura. Ale niewątpliwie piękna. Niejednokrotnie czytając Stempowskiego przywołuję w pamięci kontynuatora jego eseistycznego dzieła - Andrzeja Stasiuka. Stasiuk nie dysponuje taką erudycją historyczną jak Stempowski, ale ma w zanadrzu bogate doświadczenie życiowe, rozwagę i fascynację otaczającym go światem, dzięki czemu jego książki umykają jednoznacznej klasyfikacji.

 

Wczoraj nabyłam W dolinie Dniestru. Pisma o Ukrainie. Jestem pewna, że to będzie literacka uczta. Stempowski o swojej drugiej ojczyźnie, o relacjach między narodami, o bogactwie kultury pogranicza. Wielkie gratulacje dla wydawnictwa Więź za tą i inne publikacje Stempowskiego, dzięki którym czytelnik ma szansę zapoznać się z tak niezwykła postacią.

 

Pozwalam sobie umieścić link do bardzo interesującej audycji Polskiego Radia, poświęconej Stempowskiemu i Ziemi berneńskiej.

 

 

        Józef Chełmoński, Dniestr